piątek, 16 stycznia 2015

I know now

   Wracałam sobie dziś przez park. Aż trudno uwierzyć, że mamy środek zimy. Przez nagie gałęzie drzew przedzierały się promienie słońca, nie wspominając o zadziwiającym braku chłodu. Pogoda wręcz idealna na spacer. Gdyby to ode mnie zależało, powiedziałabym, że mamy jesień. Może ta cała gadanina o ociepleniu klimatu jest czymś więcej, niż tylko "rozdmuchiwaniem" czy tworzeniem jakiegoś problemu na siłę.
Dobrze jest czasem tak odetchnąć i pomyśleć. Nigdy nie wiadomo, co przyjdzie człowiekowi na myśl. Do mnie dziś wróciły wspomnienia. Chyba zbliżający się termin matur i jutrzejsza studniówka skłoniły mnie do pewnych refleksji na tematy banalnie egzystencjalne. Mijałam babcię z wózkiem, w którym siedziało dziecko ( nie zauważyłam, czy to chłopiec czy dziewczynka, jakkolwiek to brzmi). Karmili kaczki. Taka zwykłą czynność, ale jaką radochę sprawiała obojgu. Małe dzieci wydają się być takie szczęśliwe i niewinne. Potrafią cieszyć się ze wszystkiego ( płakać w sumie też :D). Dla nich życie jest o wiele prostsze, bo sobie go nie komplikują. W gruncie rzecz nikt nie rodzi się złym. Od nas zależy, kim się staniemy i w jaki sposób pokierujemy swoim życiem, bo przecież wszyscy kiedyś tacy mali i bezbronni byliśmy.
Też taka byłam. I też karmiłam z babcią kaczki. A teraz jej nie ma obok i wszystko co mam, to te chwile, niczym migawki wspomnień gdzieś w zagłębieniach mojej pamięci. To takie okrutne - czas, który na nikogo nie czeka. Matura, dorosłe życie - przeraża mnie ta wizja, a z drugiej strony skoro nie mogę się cofnąć, to muszę cieszyć się każdą chwilą.
Dopiero szłam do pierwszej klasy liceum. Podekscytowana, z wielkimi ambicjami. Oczywiście nie wszystko się udało. Mimo to nie mogę powiedzieć, ze wspominam liceum źle. Był to ekscytujący okres, w większości czasu spędzony w gronie cudownych osób, które zarażały mnie każdego dnia dawką pozytywnej energii. Myślę, że w drugim semestrze liceum na nowo odżyłam. Wszystko zaczęłam budować od nowa, w tym swój nieco nadszarpnięty charakter i od tego momentu było tylko lepiej, aż dotarłam do punktu, w którym nie wyobrażam sobie, że moje życie mogłoby wyglądać lepiej. Pozostało mi jutro spędzić cudowne chwile, które zostanę ze mną już na zawsze, a potem przyłożyć się i w maju dać z siebie 200%.

środa, 14 stycznia 2015

Decyzje, decyzje, decyzje.

  Po długich miesiącach zmagań z obawami o swoją przyszłość i jej niejasne kontury mój umysł nareszcie złapał oddech. To niedorzeczne, jak proste są niektóre rzeczy, a jak ludzie na siłę starają się je skomplikować.
Usiadłam z mamą w kuchni i opowiadam jej o swoich "świetlanych" planach. Mówię, że pójdę na położnictwo, bo chemii zdawać nie mam zamiaru. Otworzę kiedyś szkołę rodzenia i będzie cudownie. Skrytykowała mnie od razu. Powiedziała wprost, że to nie jest kierunek dla mnie i powinnam robić to, co lubię i to, w czym jestem naprawdę, naprawdę dobra. Zirytowałam się. Przecież wiedziała doskonale, ile nerwów kosztowało mnie to wszystko, ten cały bio-chem i nieskończone poszukiwania kierunku, na jaki się udać po ukończeniu liceum. Odparłam coś w ten deseń, że myśli, ze mnie zna, ale wcale tak nie jest. Poszłam do pokoju, usiadłam na łóżku, chwilę podumałam i zrozumiałam, jak bardzo się pomyliłam w swoim oskarżeniu. Okazało się, że zna mnie lepiej niż ja samą siebie. Dla niej to było oczywiste od samego początku.
Po raz kolejny w swoim życiu przekonałam się, że moja mama ZAWSZE ma rację i gdybym tylko za każdym razem jej słuchała, to wszystko byłoby dla mnie łatwiejsze, więc dziś Marta poleciała zmienić swoją deklarację maturalną, wykreślić dwa przedmioty i dodać jeden. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Bez ryzyka nie ma zysku.
Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Tak czy inaczej - zrobię co w mojej mocy, aby dotrzeć do celu. I tym razem nie łamię się. Czuję się pewnie. Po prostu wiem, że wybrałam dobrze.