Święta w tym roku wyjątkowo szybko mi zleciały. Uwielbiam ten czas, bo wszystko wtedy jest inne. Wszyscy są tacy mili i dla niektórych to irytujące i sztuczne, ta idealna atmosfera świąteczna. Ja oczywiście zdanie mam odmienne od ogółu - uwielbiam tę wszechobecną aurę dobroci i uprzejmości, kiedy nikt na nikogo się nie drze z mało istotnego powodu, kiedy razem po kolacji siadamy przed telewizorem i oglądamy jakieś świąteczne badziewie. Kiedy nikt nie patrzy na siebie "spode łba" i po prostu jest idealnie. Nie mówię, że na co dzień u mnie w domu każdy każdego zabija wzrokiem. :) Po prostu święta to taki szczególny czas, w którym rodzina powinna być jeszcze bliżej, niż zazwyczaj. Ale jesteśmy tylko ludźmi i wiadomo, że przez cały rok nie da rady utrzymać takiej sielanki.
Najmilej zdecydowanie wspominam ten okres późno grudniowy z lat, gdy byłam mała. Młodsza, może tak lepiej. :> Święta u dziadków, pełno rodziny - ciotek, wujków. Wierzyłam w Świętego Mikołaja i to było coś pięknego, jakby odrobina magii w rzeczywistości, która i tak, jak teraz wydaje mi się z perspektywy czasu, była po prostu bajką. Obudzić cały dom o czwartej rano z wieścią, że pod choinką leżą prezenty... To było coś! I ta radość. Swoją drogą to musi być niesamowite uczucie - bycie rodzicem i wywoływanie uśmiechu od ucha do ucha na twarzy dziecka.
Teraz to wszystko nieco straciło swój urok. Nie oszukujmy się. Święty Mikołąj nie istnieje... Ale jak to bywa z człowiekiem, wraz z dorastaniem nie tylko zmienia się nasz wygląd, ale i światopogląd, priorytety. Nagle w Wigilię nie dbasz tak bardzo o to, jakie prezent dostaniesz, a czekasz na wspólną kolację, dzielenie się opłatkiem, śpiewanie kolęd ( dobra, fałszowanie kolęd). Większą radość zaczyna sprawiać Ci obdarowywanie innych, niż bycie obdarowywanym. I to właśnie w Bożym Narodzeniu jest najlepsze - zawsze ten czas nas cieszy. Powody się zmieniają, ale zawsze niecierpliwie czekasz na ten okres. I to nigdy nie powinno się zmienić.
sobota, 27 grudnia 2014
czwartek, 4 grudnia 2014
Nuta wieczornego optymizmu
Dawno mnie tu nie było. Czas chyba nadrobić nieco zaległości.
W całym tym tegorocznym zabieganiu i ogólnym przedmaturalnym zamęcie zrozumiałam jedną, bardzo ważną rzecz.
Nieważne, czy zostanę lekarzem, czy położną, czy dostanę się na studia do Łodzi, czy do Warszawy,
czy zdam na wymarzony procent, czy będę mieć zły dzień i po prostu mi się nie uda. To wszystko naprawdę nie jest tego warte. Stres w nadmiernej ilości bardzo źle wpływa na człowieka.
Do niedawna było tak, że rozwiązywałam pracę domową z chemii i jedno, głupie zadanie, w którym wynik nie zgadzał mi się z tym w odpowiedziach, potrafiło kompletnie zniszczyć moje dobre samopoczucie. Obrywało się wtedy każdemu, kto przebywał w odległości minimum dziesięciu metrów od drzwi mojego pokoju.
A tak szczerze.. po co nam to wszystko? Ja wiem, trzeba zrobić co w naszej mocy, aby wypaść dobrze, ale w takich momentach koniec końców człowiek zaczyna myśleć nad tym, co jest w życiu najważniejsze i jeśli już znajdzie odpowiedź na to pytanie i chwilę się zastanowi, może dojść do całkiem oczywistego wniosku.
Szczęście.
Dla mnie to czysto logiczne - jeśli ma się szczęście, ma się wszystko. Zdrowie, pieniądze, pracę, którą lubisz, spokój ducha. Z drugiej strony, jeśli masz obok siebie kogoś, kto najzwyczajniej w świecie czyni Cię szczęśliwym, najszczęśliwszym człowiekiem, to jesteś podwójnym szczęściarzem
( dobrze, że nie piszę wypracowania na polski - dostałabym pewnie jedynkę za te powtórzenia...).
Wracając - uważam, że ktoś, kto ma dobre nastawienie, jest w stanie wybrnąć z każdej sytuacji. Nieważne, jakie studia skończy - jeśli ma na siebie jakiś pomysł, odrobinę wiary w siebie, wie, czego chce od życia, to da radę sobie je należycie ułożyć. Jeśli mamy wokół siebie kochających ludzi, którzy nas wesprą, doda nam to dodatkowej energii do działania.
Na nic nam przecież te wszelkie sukcesy, jeśli nie mamy ich z kim dzielić. Gdy miałabym wybierać między powrotem po ciężkim dniu pracy do wielkiego, luksusowego mieszkania, w którym nikt na mnie nie czeka, wolałabym mieć to pięć razy mniejsze, skromniejsze, ale i takie, do którego bardzo chciałabym wracać.
Co z tego, że zarwie się cały rok, wegetując, a nie żyjąc? Tylko kilkadziesiąt lat na tym świecie jest nam dane, żaden dzień nie nastąpi po raz kolejny, żadna sekunda się nie cofnie, a my nigdy już nie będziemy tacy młodzi. Nauka, stres, potem studia, więcej stresu - trzeba się zdystansować, znaleźć jakąś odskocznię, nie zaniedbywać bliskich nam osób ani i swoich duchowych potrzeb, bo przecież jesteśmy tylko ludźmi - potrzebujemy od czasu do czasu odrobiny rozrywki, spokoju, lenistwa, dobrego filmu, kawy i snu. Nie ma w tym nic złego.
Nie dajmy sobie zwariować.
Dopóki jesteśmy szczęśliwi, wszystko dobrze się będzie układać. A jeśli pewnego dnia obudzimy się ze smutnymi minami to i tak kochajmy życie mimo wszystko, bo pewnego dnia odwzajemni to uczucie względem nas i da nam więcej niż mogłoby się wydawać.
W całym tym tegorocznym zabieganiu i ogólnym przedmaturalnym zamęcie zrozumiałam jedną, bardzo ważną rzecz.
Nieważne, czy zostanę lekarzem, czy położną, czy dostanę się na studia do Łodzi, czy do Warszawy,
czy zdam na wymarzony procent, czy będę mieć zły dzień i po prostu mi się nie uda. To wszystko naprawdę nie jest tego warte. Stres w nadmiernej ilości bardzo źle wpływa na człowieka.
Do niedawna było tak, że rozwiązywałam pracę domową z chemii i jedno, głupie zadanie, w którym wynik nie zgadzał mi się z tym w odpowiedziach, potrafiło kompletnie zniszczyć moje dobre samopoczucie. Obrywało się wtedy każdemu, kto przebywał w odległości minimum dziesięciu metrów od drzwi mojego pokoju.
A tak szczerze.. po co nam to wszystko? Ja wiem, trzeba zrobić co w naszej mocy, aby wypaść dobrze, ale w takich momentach koniec końców człowiek zaczyna myśleć nad tym, co jest w życiu najważniejsze i jeśli już znajdzie odpowiedź na to pytanie i chwilę się zastanowi, może dojść do całkiem oczywistego wniosku.
Szczęście.
Dla mnie to czysto logiczne - jeśli ma się szczęście, ma się wszystko. Zdrowie, pieniądze, pracę, którą lubisz, spokój ducha. Z drugiej strony, jeśli masz obok siebie kogoś, kto najzwyczajniej w świecie czyni Cię szczęśliwym, najszczęśliwszym człowiekiem, to jesteś podwójnym szczęściarzem
( dobrze, że nie piszę wypracowania na polski - dostałabym pewnie jedynkę za te powtórzenia...).
Wracając - uważam, że ktoś, kto ma dobre nastawienie, jest w stanie wybrnąć z każdej sytuacji. Nieważne, jakie studia skończy - jeśli ma na siebie jakiś pomysł, odrobinę wiary w siebie, wie, czego chce od życia, to da radę sobie je należycie ułożyć. Jeśli mamy wokół siebie kochających ludzi, którzy nas wesprą, doda nam to dodatkowej energii do działania.
Na nic nam przecież te wszelkie sukcesy, jeśli nie mamy ich z kim dzielić. Gdy miałabym wybierać między powrotem po ciężkim dniu pracy do wielkiego, luksusowego mieszkania, w którym nikt na mnie nie czeka, wolałabym mieć to pięć razy mniejsze, skromniejsze, ale i takie, do którego bardzo chciałabym wracać.
Co z tego, że zarwie się cały rok, wegetując, a nie żyjąc? Tylko kilkadziesiąt lat na tym świecie jest nam dane, żaden dzień nie nastąpi po raz kolejny, żadna sekunda się nie cofnie, a my nigdy już nie będziemy tacy młodzi. Nauka, stres, potem studia, więcej stresu - trzeba się zdystansować, znaleźć jakąś odskocznię, nie zaniedbywać bliskich nam osób ani i swoich duchowych potrzeb, bo przecież jesteśmy tylko ludźmi - potrzebujemy od czasu do czasu odrobiny rozrywki, spokoju, lenistwa, dobrego filmu, kawy i snu. Nie ma w tym nic złego.
Nie dajmy sobie zwariować.
Dopóki jesteśmy szczęśliwi, wszystko dobrze się będzie układać. A jeśli pewnego dnia obudzimy się ze smutnymi minami to i tak kochajmy życie mimo wszystko, bo pewnego dnia odwzajemni to uczucie względem nas i da nam więcej niż mogłoby się wydawać.
niedziela, 13 lipca 2014
Be the change you want to see in the world.
No i mamy wakacje. Tyle wolnego czasu, że czasem aż trudno jest zdecydować, jak go spożytkować. Z drugiej strony nie czuję, abym go trwoniła. Jestem całkiem szczęśliwa, nie mam wielu zmartwień, o maturze staram się póki co nie myśleć, choć przyznam, iż każdego dnia przeraża mnie odrobinę mocniej.
Uwielbiam biegać wieczorami. Myślę wtedy o wszystkim i kompletnie się wyciszam. Czuję się szczęśliwsza, bo jakoś lżej mi na duszy. Mogę wyjść z domu zła, czy smutna, ale zawsze wracam w lepszym nastroju. Zresztą po co martwić się latem? Myślę, że to jest dobry czas na to, aby odpocząć od wszystkiego i wszystkich, wśród ludzi, którzy wywołują uśmiech na naszych twarzach. Przybywa ciągle tych osób w moim otoczeniu, co również bardzo mnie cieszy.
Oglądałam wczoraj film "Zimowa Opowieść" z Colinem Farrellem. Według krytyków jest strasznie słaby i fabuła jest naciągana, a postać konia, psa i anioła w jednym przekracza wszelkie granice smaku, ale oczywiście mam odmienne zdanie na ten temat. Historia mnie wzrusza do momentu śmierci rudowłosej Beverly Penn. Jest to postać, którą osobiście bardzo podziwiam. Jest nieuleczalnie chora, umiera. Mimo to cały czas się uśmiecha i wydaje się być szczęśliwa. Ceni życia i akceptuje je takim, jakie jest, ciesząc się z każdej sekundy, a przynajmniej ja odbieram takie wrażenie patrząc na nią.
To niesamowite, że ludzie ubolewają nad drobiazgami, podczas gdy inni zmagają się z okrutnymi przeciwnościami losu. Śmierć odbiera im najbliższych, jest tyle katastrof na świecie, wypadków, chorób, na które nie ma lekarstwa, zło szerzy się w zastraszającym tempie, ludzie sami siebie niszczą. Niewiele można z tym zrobić, jednak sądzę, że wszelkie zmiany powinny być zalążkiem w nas samych. Nie da się zmienić innych, ale zawsze możemy zmienić coś w sobie. Być taką zmianą w świecie, jaką pragniemy zobaczyć. To wcale nie takie trudne. Gdy czegoś mocno się chce, podobno to się staje. Czemu więc nie chcieć być choć odrobinę lepszym człowiekiem?
czwartek, 26 czerwca 2014
Childhood memories.
Zabrzmi to banalnie, ale byłam dziś na placu zabaw. Widziałam karuzele, huśtawki. W pewnym momencie stanęłam i oczyma wyobraźni wróciłam do odległej o setki lat przeszłości, która w rzeczywistości nie jest aż tak daleka. Nigdy nie pojmę tego i nie przestanę się zadziwiać, jak to możliwe, że czas płynie tak szybko, dorastam z tak zastraszającą prędkością, wkraczam na nowe etapy życia, poznaję nowe rzeczy. Nigdy tego do końca nie ogarnę, ale myśl o tym, że wszystko tak szybko przemija spędza mi sen z powiek.
I wszystko do mnie powróciło. Ja, około pięcioletnia, niewinna dziewczynka z kręconymi jasnymi blond kudełkami, z którą dziadek mógł siedzieć na placu zabaw wiele godzin, cierpliwie obserwując jej poczynania z tak niesamowitym zrozumieniem i miłością w oczach. Mógł odłożyć swoje ważne sprawy na bok, gdy ta mała niesforna osóbka nie miała akurat z kim wyjść, spędzając u niego i babci wakacje. A małe dzieci nie znają granic, gdy chodzi o wyobraźnię. Są szczęśliwe nawet, gdy bawią się same. Podrzucają piłkę, budują babki z piasku, biegają w kółko, bawią się w sklep, do którego wstęp mają niewidzialni klienci... Można wyliczać i wyliczać. Teraz mogę sama jedynie wyjść na spacer ze słuchawkami w uszach albo iść pobiegać i to chyba wszystko tak z grubsza, bo raczej nie uszczęśliwi wielu nastolatków samotne granie w nogę albo kosza czy coś w tym rodzaju. Kiedyś o wiele łatwiej było nam cieszyć się z najdrobniejszych rzeczy i nie trwonić ani minuty na bezczynne siedzenie w miejscu i trenowanie wdychania i wydychania powietrza atmosferycznego.
Bardzo tęsknię za tymi czasami. Za ganianiem się z innymi dzieciakami, graniem w chowanego, łażeniem po drzewach i zakładaniem tzw. "baz", wiecznej wojnie płci, uciekaniem przed policją, która wcale nas nie goniła, wielogodzinnym siedzeniem na kocyku i bawieniem się w dom, za lepieniem mebli z piasku, za wiszeniem na trzepaku, za bieganiem po deszczu z najlepszą przyjaciółką pod słońcem, za kąpaniem się w niewielkim basenie na działce mojego dziadka, za opiekowaniem się chorymi gołębiami, za nocowaniem na balkonach w ciepłe, letnie dni. Najbardziej tęsknię za tymi, którzy byli przy mnie, gdy pomalutku dorastałam, a których już nie ma. Za graniem w karty z babcią, za zmuszaniem jej do robienia serwetek na szydełku, za jej oczyma pełnymi wyrozumiałości i miłości, za dobrem, jakie z niej biło i za nieustanną troską, jaką mnie otaczała. Tęsknie za bawieniem się klockami lego z moim bratem, za czytaniem Harry'ego Pottera zaraz po przyjściu ze szkoły, za wierzeniem w świętego Mikołaja, za niepowtarzalną magią, jaką niosły ze sobą święta Bożego Narodzenia. Za urodzinami, na które zjeżdżała się cała rodzina. Za nią też tęsknię, bo kiedyś była liczniejsza i wydawała mi się jakaś taka bliższa niż teraz.
Jestem wdzięczna Bogu za każdą chwilę mojego dzieciństwa, bo z perspektywy czasu mogę stwierdzić z czystym sumieniem, że był to przecudowny okres mojego życia, pełen beztroski i pozytywnych uczuć, które z czasem każdy z nas zatraca na rzecz negatywnych i przykrych odczuć. Gdy masz osiemnaście lat trudniej jest odnaleźć szczęście ( choć wcale nie tak trudno, jak mogłoby się wydawać!), a gdy jesteś już po trzydziestce jest to jeszcze cięższe do zrobienia, bo ludzie zbytnio skupiają się na tym, co jest złe. Zapominają o tym, że małe rzeczy też mogą nas cieszyć. O wiele łatwiej jest być szczęśliwym, gdy jest się dzieckiem. I chociaż każdy etap życia jest na swój sposób niepowtarzalny i fascynujący, to wiele oddałabym, aby choć na chwilę wrócić do tamtych lat, albo chociaż żeby już nie dorastać, zatrzymać czas na wieczność. :)
I wszystko do mnie powróciło. Ja, około pięcioletnia, niewinna dziewczynka z kręconymi jasnymi blond kudełkami, z którą dziadek mógł siedzieć na placu zabaw wiele godzin, cierpliwie obserwując jej poczynania z tak niesamowitym zrozumieniem i miłością w oczach. Mógł odłożyć swoje ważne sprawy na bok, gdy ta mała niesforna osóbka nie miała akurat z kim wyjść, spędzając u niego i babci wakacje. A małe dzieci nie znają granic, gdy chodzi o wyobraźnię. Są szczęśliwe nawet, gdy bawią się same. Podrzucają piłkę, budują babki z piasku, biegają w kółko, bawią się w sklep, do którego wstęp mają niewidzialni klienci... Można wyliczać i wyliczać. Teraz mogę sama jedynie wyjść na spacer ze słuchawkami w uszach albo iść pobiegać i to chyba wszystko tak z grubsza, bo raczej nie uszczęśliwi wielu nastolatków samotne granie w nogę albo kosza czy coś w tym rodzaju. Kiedyś o wiele łatwiej było nam cieszyć się z najdrobniejszych rzeczy i nie trwonić ani minuty na bezczynne siedzenie w miejscu i trenowanie wdychania i wydychania powietrza atmosferycznego.
Bardzo tęsknię za tymi czasami. Za ganianiem się z innymi dzieciakami, graniem w chowanego, łażeniem po drzewach i zakładaniem tzw. "baz", wiecznej wojnie płci, uciekaniem przed policją, która wcale nas nie goniła, wielogodzinnym siedzeniem na kocyku i bawieniem się w dom, za lepieniem mebli z piasku, za wiszeniem na trzepaku, za bieganiem po deszczu z najlepszą przyjaciółką pod słońcem, za kąpaniem się w niewielkim basenie na działce mojego dziadka, za opiekowaniem się chorymi gołębiami, za nocowaniem na balkonach w ciepłe, letnie dni. Najbardziej tęsknię za tymi, którzy byli przy mnie, gdy pomalutku dorastałam, a których już nie ma. Za graniem w karty z babcią, za zmuszaniem jej do robienia serwetek na szydełku, za jej oczyma pełnymi wyrozumiałości i miłości, za dobrem, jakie z niej biło i za nieustanną troską, jaką mnie otaczała. Tęsknie za bawieniem się klockami lego z moim bratem, za czytaniem Harry'ego Pottera zaraz po przyjściu ze szkoły, za wierzeniem w świętego Mikołaja, za niepowtarzalną magią, jaką niosły ze sobą święta Bożego Narodzenia. Za urodzinami, na które zjeżdżała się cała rodzina. Za nią też tęsknię, bo kiedyś była liczniejsza i wydawała mi się jakaś taka bliższa niż teraz.
Jestem wdzięczna Bogu za każdą chwilę mojego dzieciństwa, bo z perspektywy czasu mogę stwierdzić z czystym sumieniem, że był to przecudowny okres mojego życia, pełen beztroski i pozytywnych uczuć, które z czasem każdy z nas zatraca na rzecz negatywnych i przykrych odczuć. Gdy masz osiemnaście lat trudniej jest odnaleźć szczęście ( choć wcale nie tak trudno, jak mogłoby się wydawać!), a gdy jesteś już po trzydziestce jest to jeszcze cięższe do zrobienia, bo ludzie zbytnio skupiają się na tym, co jest złe. Zapominają o tym, że małe rzeczy też mogą nas cieszyć. O wiele łatwiej jest być szczęśliwym, gdy jest się dzieckiem. I chociaż każdy etap życia jest na swój sposób niepowtarzalny i fascynujący, to wiele oddałabym, aby choć na chwilę wrócić do tamtych lat, albo chociaż żeby już nie dorastać, zatrzymać czas na wieczność. :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)