Wstaję o świcie. Po cichu, aby nikogo nie obudzić. Nawet szelest kołdry wydaje się być głośnym dźwiękiem. Przeciągam się, siadam na łóżku. Wstaję. Już czas.
Śniadanie, szykowanie, wyjście. Siedzę na przystanku i obserwuję chmurę dymu unoszącą się z kominów pobliskiej elektrowni. Czarne opary zupełnie nachodzą na pomarańczowo-fioletowe poranne niebo. I wznoszą się wyżej, i wyżej, stając się coraz rzadsze, aż wreszcie zupełnie wtapiają się w tło. Tysiące, jak nie miliony, rakotwórczych pierwiastków teraz jest cząstką otaczającego mnie powietrza. I oddycham tym powietrzem każdego dnia. Nie palę, a w sumie palę. Co za ironia.
I siedzę na przystanku, czekając na autobus. Przyjeżdża, wsiadam i jadę, przez Wisłę i Stare Miasto i myślę: "Mieszkasz w Krakowie. W KRAKOWIE. A ciągle tylko narzekasz. Na wszystko". I postanawiam myśleć inaczej. Nie narzekać, a kochać każdą chwilę.
Zaadaptowanie się do nowego miejsca, ludzi, przestrzeni, intensywnego trybu życia nie jest łatwe. Tęsknię. Ale już się cieszę. Nie cieszyłam się, a teraz już czuję się tu dobrze. Choć maskę antysmogową kupić muszę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz